CIĄŻA, PORÓD,  MACIERZYŃSTWO

Czy poród może być pełen magii i piękna? Nasza historia porodowa

Poród jest jednym z najbardziej intymnych doświadczeń w życiu każdej kobiety. Jest to niewątpliwie wydarzenie święte… które warto celebrować… cieszyć się nim i móc z otwartością i radością opowiadać o nim innym… Przecież rodzi się NOWE ŻYCIE! Życie, na które czeka cała rodzina… I dla mnie poród jest właśnie takim wydarzeniem rodzinnym, które chcę dzielić wspólnie z osobami najbliższymi memu sercu…

Mam też misję związaną z tym, aby jak najwięcej ludzi mogło doświadczyć tego cudu i piękna narodzin, dlatego stworzyłam projekt ŚWIADOMAMA, o którym więcej poczytasz tutaj: Świadomama. Jest on dopiero w początkowej fazie, a jednym z jego elementów jest dzielenie się pozytywnymi historiami porodu. Poniżej zamieszczam historię mojego drugiego porodu oraz po krótce również pierwszego. Niedługo ukaże się też relacja filmowa.

Nie jest to łatwe dzielić się publicznie takim doświadczeniem, jednak misja, która mną kieruje jest dużo większa i wiem, że świat obecnie potrzebuje coraz więcej takich przykładów, aby pomóc naszym przyszłym pokoleniom i zmienić sposób, w jaki dzieci przychodzą na świat…

Niestety obecnie obraz porodu jest całkowicie zniekształcony i zamiast naturalnej magii i piękna, okraszony został strachem, brzydotą i wstydem, a kobietom odebrano poczucie sprawczości i wiary w moc i mądrość kobiecego ciała…

Poród jest to święty portal, który umożliwia głęboką transformację duchową i uzyskanie dostępu do ogromnych pokładów kobiecej mocy i energii, które w każdej z nas są… jednak często niestety uśpione, stłamszone i przykryte kłamstwem iluzji, w które przez lata uwierzyłyśmy i które spowodowały, że wiele kobiet nie korzysta ze swej kobiecej mocy, a zamiast tego ukrywają się za maskami, toną uwięzione w męskich rolach oraz trwonią ogromne ilości energii na utrzymywanie fałszywego wizerunku siebie, który stworzyły na bazie tego, co sprzedają nam obecnie media. Sama też w tym tkwiłam, aż do momentu kiedy zaszłam w pierwszą ciążę…

Z czym kojarzy Ci się poród?

Szpital, ból, krzyk, krew, pośpiech, zimne i obce szpitalne pomieszczenia, narzędzia, lekarze… czy może piękno, radość, miłość, spokój, przyjemna domowa atmosfera i bliskie Twemu sercu osoby razem z Tobą…?

A co myślisz o porodzie domowym?

Szaleństwo, brak odpowiedzialności, średniowiecze, głupota… to tylko kilka określeń, które ja słyszałam…. czy może niesamowita odwaga, piękne marzenie, komfort, luksus, ciepło i magia…?

Mam za sobą dwa cudowne doświadczenia domowych porodów lotosowych. I nie wyobrażam sobie, aby moje dzieci mogły przyjść na świat w inny sposób… Dlatego postanowiłam dzielić się tym pięknym doświadczeniem, bo wiem, że wiele kobiet dzięki tej historii może zacząć myśleć o tym, że też by chciały tego doświadczyć… a od MYŚLI wszystko się zaczyna 🙂

A może warto chwilę się zastanowić i spojrzeć trochę szerzej…?

Może poród domowy jest to po prostu powrót do natury i do tego, że jest to normalny proces fizjologiczny, do którego każda kobieta jest stworzona? Może dając nam dar rodzenia Stwórca dokładnie zaplanował to, że nasze ciało w swej mądrości wie, co ma robić, aby wydać na świat nowe życie? Może wydaje się to najbardziej naturalne, aby nasze długo wyczekiwane dziecko – CUD, którym niewątpliwie jest – przyszło na świat w miejscu, które kobieta doskonale zna, w którym czuje się bezpiecznie, w którym spędza większość swojego życia…?

I może gdyby nie obraz porodu, który został nam zaprogramowany przez ostatnie kilkadziesiąt lat, to wiele kobiet w naturalny sposób rodziłoby w swoich domach? Tak jak ich babcie, prababcie…? A tylko w sytuacjach rzeczywistego zagrożenia zdrowia czy życia kobiety lub dziecka, w przypadku niewłaściwego przebiegu ciąży decydowałyby się na poród w szpitalu?

Niestety od kiedy poród został oddany w ręce lekarzy stał się „zabiegiem medycznym”, który wymaga odpowiednich interwencji. Lekarze położnicy kształceni są głównie w kierunku radzenia sobie z komplikacjami, powikłaniami, wobec czego zbyt często ich „naturalnym instynktem” w prowadzeniu ciąży i porodu jest szukanie „patologii”, powodów do interwencji medycznych, do wspomagania porodu przez podawanie leków czy użycie skomplikowanych narzędzi oraz bardzo często – cesarskiego cięcia. Obecnie wskaźnik cięć cesarskich w wielu krajach wynosi ponad 50%, gdzie rzeczywista ilość przypadków, które tego wymagają to 5-10%.

Rozmawiając z kobietami, jestem głęboko zszokowana i zaskoczona tym, jak bardzo wierzą temu, co mówią im lekarze. A nie mają absolutnie żadnego zaufania do siebie, do mocy i mądrości własnego kobiecego ciała… Nie mam nic przeciwko lekarzom, jednak dla mnie lekarz powinien pozostać człowiekiem, który ma pomóc wyleczyć jakąś chorobę. Czy ciąża jest chorobą…? Czy poród powinien być zabiegiem medycznym…?

Prawda jest taka, że większość kobiet ma podobne myśli i skojarzenia związane z ciążą i porodem, dopóki nie zaczną samodzielnie myśleć… Dopóki nie zaczną sprawdzać i kwestionować tego, czy to co nam się przedstawia i w co uwarunkowano nas wierzyć, jest rzeczywiście prawdą…? W większości są to absolutne kłamstwa… Jednak każda z nas ma prawo sama decydować o tym, co wybiera, w co wierzy i jakie decyzje podejmuje…

Ja też żyłam w nieświadomości i dopiero będąc w pierwszej ciąży zaczęłam całkowicie zmieniać swój światopogląd na tematy okołoporodowe, kiedy postanowiłam poszerzać swoją wiedzę. Po obejrzeniu kilku filmów, przeczytaniu kilku książek diametralnie zmieniłam swój stosunek. Wszystko, co myślałam do tej pory okazało się nieprawdziwe, zniekształcone i z coraz większym optymizmem i ogromną ciekawością odkrywałam ten świat… Historię swojej pierwszej ciąży opisałam tutaj: Błogosławiony stan umysłu, ciała i duszy.

Nasz syn przyszedł na świat w domu, w ciszy i spokoju, przy ogromnym wsparciu męża oraz położnej, która nam towarzyszyła. Jednak, kiedy poród się zaczął moja wiara została nagle wystawiona na próbę… Poród zaczął się odejściem wód płodowych, jednak te wody nie były czyste… A kiedy kolor wód jest zielony, jest to dyskwalifikacja z porodu domowego i konieczność udania się do szpitala… Skontaktowałam się z naszą położną – Dorotą i ona miała wątpliwości co do przyjazdu, bo według niej te wody były zielonkawe… Ja jednak absolutnie nie przyjmowałam tego do siebie. Zaczęłam wzmacniać w sobie obraz idealnego zakończenia… dziecko w moich rękach, w domu… i po godzinie nastąpił CUD… kolejna część wód, które odchodziły były już przezroczyste… położna wyruszyła w drogę do nas 🙂 Logicznie nie da się tego uzasadnić jak to się wydarzyło… jednak wiem, że to właśnie WIARA CZYNI CUDA i tego się w życiu trzymam.

I wtedy zaczęły się od razu intensywne skurcze (fale), były dosyć krótkie, jednak w małych odstępach co 2-3 minuty i bardzo bolesne. Wcześniej słyszałam, że skurczy porodowych nie da się przeoczyć i pomylić z niczym innym. Rzeczywiście ból był ogromny, jednak ból rodzenia to ból tworzenia… dawania nowego życia. Wiedziałam, że każda fala pomaga naszemu dziecku przyjść na świat. Dodatkowo przed każdą falą odczuwałam bardzo intensywne bóle krzyżowe, które całkowicie wytrącały mnie z równowagi i nie potrafiłam spokojnie oddychać, aby poddać się mocy porodu. Jedyne, co zapamiętałam to, aby oddychając „dmuchać świeczki”. Dziś wiem, że wtedy za bardzo chciałam przejąć kontrolę nad porodem, za bardzo próbowałam sobie przypomnieć, czego się nauczyłam w szkole rodzenia czy z książek, przez co za bardzo byłam w umyśle, zamiast poddać się tej mocy całkowicie…

Atmosfera porodu była piękna… środek nocy, światło świec, w tle dźwięki mantr i nieustanna obecność Pawła, który był dla mnie ogromnym wsparciem… przytulaliśmy się, tańczyliśmy, po prostu razem braliśmy w tym udział, więc zawsze mówię, że urodziliśmy razem 🙂

Kiedy Dorota przyjechała, było już pełne rozwarcie, jednak jeszcze przez 3 godziny nasz syn nie chciał wyjść na świat… a raczej to ja nie potrafiłam w pełni odpuścić i się otworzyć… Bardzo chciałam też urodzić do wody, jednak ze względu na wątpliwości co do klarowności wód płodowych, położna stwierdziła, że nie możemy rodzić do wody… Na szczęście w pierwszej fazie porodu spędziłam trochę czasu w basenie, co dawało mi niesamowitą ulgę w bólu. Ostatecznie Dorota zasugerowała, że może zrobić małe nacięcie. Zgodziłam się i Aleksander po chwili był już z nami. Na szczęście było to małe nacięcie na 2 szwy. Całość trwała 8 godzin od momentu odejścia wód. Niezwykle komfortowe było to, że mogłam od razu udać się do własnego łóżka, własnej łazienki i odpoczywać w błogiej domowej atmosferze, ciesząc się sobą nawzajem.

Przez kolejne 9 dni nasz syn był połączony z łożyskiem… O porodzie lotosowym pisałam tutaj: Porod lotosowy.

Od momentu narodzin Aleksander był bardzo spokojny, w ogóle nie płakał, przez kilka dni miał nawet zamknięte oczka, które stopniowo ukazywały nam swoje piękno – łagodnie i w swoim tempie wybudzał się do życia. To był cudowny, magiczny czas, jakby wszystko nagle zatrzymało się w miejscu, w domu panowała niezwykła energia…

Będąc w drugiej ciąży już dokładnie wiedziałam, czego się spodziewać. Termin porodu był wyliczony na 11.05.2020.

Ostatecznie Anastazja zdecydowała się przyjść na świat 11 dni po tym terminie – 22.05.2020 w energii nowiu księżyca 🙂

Kiedy jesteśmy już kilka dni „po terminie”, napięcie związane z oczekiwaniem zaczyna rosnąć… już tak bardzo byśmy chcieli zobaczyć nasze dziecko… Dodatkowo chcąc rodzić w domu, mamy z tyłu głowy, że jednak musimy się w miarę zmieścić w tych 14 dniach po terminie, oczywiście pod kontrolą położnej.

Chcąc w naturalny sposób przyspieszyć poród zaleca się zasadę sss – spacery, schody, seks. Od dłuższego czasu byłam przekonana, że nasza córka urodzi się w piątek, tak jakoś czułam. Najpierw myślałam, że będzie to raczej przed terminem – więc nastawiałam się na 1 lub 8 maja… a tu cisza… No więc kiedy przyszedł piątek 15 maja to byłam już niemal przekonana, że to właśnie dziś… Wysprzątaliśmy z mężem cały dom, nastawiłam ogromny garnek warzyw na zupę mocy – bulion warzywny i pełni radości i ekscytacji czekaliśmy na rozwój wydarzeń. A tu nadal cisza… Gdyby w weekend się nic nie zaczęło, to w poniedziałek miałam udać się na ponowne usg. Kiedy jest już tydzień po wyliczonym terminie, położna przyjmująca poród domowy wymaga ponownego badania usg, aby sprawdzić czy wszystko w porządku z dzieckiem, łożyskiem, przepływami.

No więc chcąc tego uniknąć, przez cały weekend praktykowaliśmy z mężem wspomniane sss. Pojechaliśmy na Wzgórze Tumskie, ponieważ tam jest mnóstwo schodów, więc poschodziłam trochę, pospacerowaliśmy a później przyjemniejsza część – nacieszyliśmy się sobą w sypialni 🙂 Niestety efekt tego wszystkiego był taki, że i tak nic się nie zaczęło, za to byłam zmęczona i miałam tylko obolałe krocze 😉 I wtedy zdałam sobie sprawę, że to przecież i tak dziecko decyduje, kiedy chce przyjść na świat… Jaki sens to przyspieszać? Więc porozmawiałam z córeczką, że jesteśmy gotowi, czekamy i niech wyjdzie do nas, kiedy ona będzie gotowa 🙂

No więc w poniedziałek udałam się na wizytę i nasłuchałam się, że to już tydzień „po terminie”, że powinnam być na oddziale i wywoływać poród, że to nieodpowiedzialne, niepoważne i tak dalej… A kiedy wspomniałam, że mam położną, która mówi, że spokojnie jeszcze mamy tydzień, to lekarz na to: „to jakaś nieodpowiedzialna położna, na pewno nie może pani tyle czekać, położne są specjalistkami od fizjologii, ale jak coś pójdzie nie tak to co pani zrobi?” Mnie te słowa nie poruszyły wcale, bo byłam spokojna i pewna tego, co robię i się tylko w duchu uśmiechnęłam, że właśnie dlatego, że są specjalistkami od fizjologii, a nie patologii to sprawia, że dzięki nim wiele kobiet rodzi naturalnie. A te, które wolą oddać się w ręce lekarza specjalisty, często niestety kończą na stole operacyjnym… Dlatego ufam położnym, które z oddaniem i wiarą w moc kobiecego ciała, decydują się towarzyszyć kobietom w porodach domowych. Jest to niezwykle trudny, pełen poświęcenia, a jednocześnie piękny zawód.

Położna widząc wyniki spokojnie podeszła do wszystkiego, zaleciła tylko, abym w czwartek lub piątek udała się na badanie ktg, gdyby jeszcze nic się nie działo.

W nocy z czwartku na piątek o 3:00 nad ranem poczułam silną potrzebę pójścia do toalety. Odszedł mi czop śluzowy i od razu zaczęły się skurcze. Były już w miarę regularne, co 6-7 minut, jednak krótkie, trwały około 30 sekund, ale już były dosyć bolesne. Do rana już nie spałam, jednak jeszcze nikogo nie budziłam. Wstaliśmy około 7:30, ogarnęłam się trochę i zadzwoniliśmy do naszej fotografki Marleny, bo tak się umówiliśmy, aby jak tylko cokolwiek się będzie działo, ona chce już być u nas jak najwcześniej. No więc przyjechała jakoś po godzinie i akurat robiłam śniadanie, już na siedząco w kuchni, a potem zjadłam niewiele…

Włączyliśmy muzykę i zaczęliśmy tańczyć, jednak bardzo już chciałam wejść do wody. Paweł zaczął dmuchać basen i rozpalać w kominku, aby było mi cieplutko, kiedy będę w nim leżeć. Olek z radością nalewał wody do basenu, aby móc się z mamą wykąpać. Od początku byliśmy przekonani, że chcemy, aby nasz syn (2 lata i 4 miesiące) był razem z nami przy porodzie Anastazji. Dla nas jest to ważne rodzinne wydarzenie, dlatego nie widzieliśmy powodu, dla którego miałoby go z nami nie być.

Dzieci są mądrzejsze od nas, mają doskonałą intuicje, więc wiedziałam, że jeżeli nie będzie chciał nam towarzyszyć, to znajdzie sobie inne zajęcie w drugim pokoju, czy na ogrodzie… Obecność Aleksandra okazała się dla mnie niezwykle kojąca i wprowadzała mnóstwo radości, dzięki czemu chwilami zapominałam o bólu lub po prostu wydawał się znacznie łagodniejszy…

Od 10:30 fale znacznie się nasiliły, wydłużyły oraz występowały już co 2 minuty. Około 11:00 zadzwoniłam do Agnieszki – naszej położnej i mając już lekki kryzys zaczęłam płakać. Agnieszka mnie uspokoiła, zaleciła, abym weszła do wody i po godzinie była już z nami.

Woda działała na mnie niezwykle kojąco, dawała niesamowitą ulgę. Kiedy wychodziłam z basenu, skurcze były znacznie bardziej bolesne, więc szybko wracałam z powrotem. Pytałam Agnieszki czy może nie za długo siedzę w tej wodzie… ona ze spokojem w głosie odpowiadała „jak Ci tak dobrze to siedź…”. W ogóle jej obecność działała na mnie niezwykle relaksująco. Wiedziałam, że jestem „w dobrych rękach”, dodatkowo kiedy mnie masowała po plecach, dawała mi również niesamowitą ulgę w bólu…

Jednak najbardziej przy każdym skurczu potrzebny mi był Paweł… jego obecność, bliskość, jego pełne miłości spojrzenie i czułe, pełne ciepła dłonie, które koiły każdy ból, gdy tylko mnie dotknął…

Aleksander również czuł, kiedy może mi pomóc… polewał mnie ciepłą wodą, przykładał do czoła mały ręcznik, masował plecy swoimi malutkimi, cudownymi rączkami… Siedząc w basenie, razem zajadaliśmy moją ulubioną przekąskę – daktyle z masłem orzechowym – aby dodać sobie energii oraz popijałam wodę z miodem i napar z melisy i mięty.

W pewnym momencie już miałam pomału dosyć tego bólu i poprosiłam Agnieszkę, aby mnie może troszkę nacięła… Bo znałam to z pierwszego porodu i w żaden sposób nie było to dla mnie dyskomfortowe… A ona patrząc na mnie swoim ciepłym spojrzeniem mówi: „Ale spokojnie… nie ma potrzeby, po co uszkadzać tkanki… dasz radę, jeszcze nie ten moment, aby nawet o tym myśleć” I dopiero po drugim porodzie zaznałam różnicy w dochodzeniu do siebie, kiedy nie było nacięcia krocza. I wtedy Agnieszka zaproponowała, aby Paweł wszedł również do basenu, bo wiedziała, że bardzo chcieliśmy, aby to on przyjął na swoje ręce naszą córeczkę, a według niej to była kwestia około 30 minut i malutka będzie z nami.

Kiedy Paweł wszedł do basenu, okazało się, że karta w aparacie, który nagrywał film się skończyła i trzeba było zmienić ją na nową… Ja już byłam wyłączona, jednak w tle słyszałam jak coś tam mówi o karcie do Marleny – fotografki. Chciał wyjść z basenu, jednak wiedziałam, jak bardzo go potrzebuję i kazałam już mu zostawić tę chol… kartę 😉 Marlena ogarnęła sprawę, a ja po chwili już całkowicie odpłynęłam przy dźwiękach moich ulubionych mantr. Zaczęłam coraz bardziej zatapiać się we wszelkich odczuciach… Fale były bardzo silne i bolesne, ale pomiędzy nimi przychodził moment absolutnego zatrzymania w czasie… czułam błogi relaks, jakbym rozpływała się we wszystkim dookoła… Na każdym skurczu zaczęłam intonować zgłoskę „Aaaa…” wyobrażając sobie, jak coraz bardziej otwieram się, aby pomóc córce wyjść na świat…

W pewnym momencie poczułam silną potrzebę parcia. Agnieszka widząc to, zaczęła prowadzić mnie swym głosem: „Aniu otwieraj się… nie przyj… pozwól jej samej wyjść… oddychaj w dół do dziecka… ooo tak świetnie, właśnie tak…” Z drugiej strony Paweł szeptał mi do ucha czułe słowa i afirmacje, które były powieszone nad kominkiem… w tle moje ulubione mantry… Czułam się, jakbym była w jakimś magicznym świecie… Mogłam dotykać wyłaniającej się główki, czułam jej miękkość i obfitość pokrywających ją włosków…

I w pewnym momencie poczułam, jak głowa naszej córki gładko wychodzi na zewnątrz, a w tle lecą słowa „Saaaat Naaam” („Jestem Prawdą”) z mantry „May the long time sun” w wykonaniu Snatam Kaur. I znowu chwila błogiego zatrzymania… odpoczywam wtapiając się w Pawła i zaczyna się moja ulubiona Mul Mantra… Przychodzi kolejna fala, opieram się mocno o barki Pawła i w głębokim skupieniu czuję jak Anastazja całkowicie wyślizguje się ze mnie, wprost na ręce Pawła…

Otwieram oczy, jakby wybudzona z transu i lekko zszokowana przez chwilę nie wiem, co się dzieje… Paweł podaje mi córeczkę, przytulam ją i czuję jak zalewa mnie ogromna fala miłości… Widzę niezwykłe podobieństwo do mojej babci Anastazji, która odeszła 3 miesiące wcześniej… Zaczyna mi się robić chłodno, więc wychodzę z wody, aby łożysko urodzić już poza basenem. Na kanapie już wszystko leży rozłożone, przygotowane, zostaję cudownie zaopiekowana… okrywają mnie ręcznikiem, cieplutkim szlafrokiem, zakładają ciepłe skarpety, a ja pozostaję w błogim stanie przytulając moją księżniczkę do piersi… Podziwiam malutkie rączki i bujne czarne włosy… Ból i trud rodzenia odchodzi w niepamięć…

Po chwili rodzi się łożysko, przechodzę do łóżka i w spokoju karmimy się nawzajem we wzajemnej wymianie miłości i wszechogarniającej błogości… Aleksander na ostatnie 30 minut porodu poszedł się bawić do sąsiadki i właśnie Paweł poszedł po niego, aby wspólnie cieszyć się naszym nowym cudem…

Anastazja pozostała połączona z łożyskiem przez 8 dni. To był cudowny i magiczny czas, podobnie jak po porodzie Aleksandra. Dni absolutnego zatrzymania, ciszy… dziecko swobodnie wybudza się do życia, jest niezwykle spokojne i jakby zawieszone pomiędzy dwoma światami… Ja czułam się doskonale, znacznie szybciej doszłam do siebie, ponieważ nie było żadnego uszkodzenia krocza, żadnego nawet pęknięcia. Przy tym porodzie rzeczywiście przekonałam się, że wystarczy poddać się ciału, ono wie, co ma robić…

Pierwsze dni Anastazji po porodzie, jeszcze w połączeniu z łożyskiem

Życzę sobie i Wam, aby jak najwięcej kobiet mogło doświadczyć tej magii i piękna domowego, rodzinnego porodu lotosowego…

Anastazja już po odłączeniu od łożyska

A jeżeli masz również piękną historię porodową, którą chciałabyś się podzielić w formie tekstowej bądź w wywiadzie filmowym to zapraszam do kontaktu 🙂

*większość zdjęć autorstwa Marleny Turek

komentarzy 8

  • Kasia Radała

    Wzruszające, piękny rodzinny poród ❤. Cudowne zdjęcia, pięknie i naturalnie. Dziękuję Aniu, chwytasz za serce.

  • Natalia

    Mam nadzieje ze niedługo będę mogł
    a się podzielić równie cudowną historia co wasza❤️ Bardzo dziekuję, za to co robisz, daje to dużo wiary i odwagi 😘
    Wesołych Świąt kochani❤️

      • Hanna

        To wszystko Aniu co napisałaś jest piękne i wzruszające, dziękuje Ci za te słowa i za to co robisz, jak uświadamiasz kobiety. Film jest przepiękny i magiczny, oglądając go wzruszyłam się. Nasza córka urodziła się 15.05.2020 niekoniecznie w warunkach i sytuacji jakiej bym chciała, ale najważniejsze dla mnie że jest zdrowa. Głęboko się zastanawiam jak mają wyglądać moje kolejne porody, dzięki Tobie wiem że chce czegoś innego, czegoś prawdziwego i mam nadzieje że przy kolejnej ciąży mi się to uda.

        • Anna Siemińska

          Dziękuję Hania 🙂 mam nadzieję, że kolejny poród będzie dla Ciebie pięknym doświadczeniem i tego Ci życzę! ❤️

  • Anita

    Hej ! To cudownie, ze robisz takie piekne rzeczy i że udało Wam się zrealizować swoją wizje porodu i to 2 razy!!! <3
    Mimo, że u nas nie poszło tak cudownie i mam dość traumatyczną historię porodową, czuje wszystko o czym mówisz i sama mam podobne przemyslenia. i czuje że przyjdzie moment w którym będę mogła podzielić się swoją równie piekna historią.
    Czuje również, że moja Dusza wybrała podobna droge do Twojej, jak możmna się z Tobą skontaktować? Chętnie porozamawiałabym z Tobą, wymieniła poglądy. Pozdrawiam <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *